środa, 25 lutego 2015


BIKINIARZE – PIERWSZA POLSKA SUBKULTURA

 Bikiniarze -Kadry z Polskiej Kroniki Filmowej


         Słowniki przełomu lat 50 i 60 opisywały bikiniarza jako „młodego człowieka ubierającego się ekstrawagancko, w sposób przesadnie modny”.
Warto zadać sobie pytanie o pochodzenie słowa „bikiniarz”, jego etymologia jest bowiem  zawiła. Nie ulegają wątpliwości związki tego określenia z atolem Bikini, znanym z przeprowadzonych tam przez Amerykanów prób jądrowych w 1946 roku. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że bikiniarze zawdzięczali swą nazwę krawatom, na których często widniała palma, pod którą wygrzewała się  dziewczyna ubrana w strój plażowy- bikini. Powstawał więc ciąg skojarzeń: palma – atol – bikini.
   Mimo, iż słowo „bikiniarz” było określeniem najpopularniejszym, to jednak nie jedynym. Polskich bikiniarzy określano mianem „dżollerów”, „fagasów”,  „fikusów" czy „bażantów” w zależności od regionu. Była to grupa charakterystyczna dla Polski lat 50, choć podobne grupy występowały również w innych częściach świata.
     
      Bikiniarstwo nie było jednak ruchem jednolitym. Początkowo było ono typowo elitarne, związane z młodzieżą akademicką, jednak jego popularyzacja wśród ludzi z niższych warstw społecznych sprawiła, że stało się ono zjawiskiem masowym. Pociągało to za sobą późniejsze oskarżenia o chuligaństwo i przestępczość.
Bycie bikiniarzem nie było łatwe. Podstawową przeszkodą były trudności w zdobywaniu amerykańskich ubrań. Jak pisał Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”
Najpierw była UNRA, Rada Polonii Amerykańskiej, Joint i tuzin innych charytatywnych dostawców. To oni ubierali Polskę, przeważnie w remanenty alianckich magazynów wojskowych. Był to okres mody intendenturowej, elegancją były battle-dressy o wyprutych dystynkcjach, koszule i krawaty khaki. Potem zaczęły się paczki od krewnych i znajomych z całego świata.
Tyrmand zwracał uwagę, że kupowano ubrania na ciuchach, czyli bazarach od chłopów, którzy mieli rodziny w USA.
… już wkrótce w kurzu i błocie małopolskich targów walały się stosy taftowych sukien, mokasynów, kolorowych blezerów, płaszczy z wielbłądziej wełny, flanelowych spodni i spódnic, garniturów z Prince de Gaulles, sandałów na słoninie.
    
      Niepodważalnym znakiem rozpoznawczym bikiniarzy był wielobarwny strój, stanowiący zarazem nośnik treści ideologicznych. Był on formą ucieczki i sprzeciwu wobec socjalistycznej uniformizacji i monotonni. Swoista karykaturalność ubioru miała zarazem prowokować, co zresztą na ogół się udawało. Przynależność do tego ruchu szczególnie w latach 50. wymagała odwagi, gdyż komunistyczna władza zwalczała bikiniarzy na każdym kroku. Gdy milicjanci zobaczyli kogoś ubranego na bikiniarza to podchodzili do niego i obcinali mu włosy i krawat. Ich sposób życia przeciwstawiał się szarej egzystencji zwykłego człowieka.

          Do zasadniczych elementów jego stroju należała długa aż po kolana, zazwyczaj kraciasta marynarka rozcięta z tyłu aż po pierwszą krzyżową, a nazywana w języku bikiniarzy „maniorem”. Dalej koszula: kolorowa, w różne wzory, z długimi mankietami, spod której koniecznie musiała wystawać podkoszulka również kolorowa i w prążki. Jednakże najważniejszym symbolem bikiniarskiego stroju był jaskrawo kolorowy krawat noszony na gumce, czyli „krawatto”.                 Im bardziej był kolorowy i pstrokaty, tym większa była duma jego właściciela. Nierzadko na krawatach pojawiały się własnoręcznie malowane egzotyczne motywy, wśród których szczególną popularnością cieszyły się wyobrażenia nagich kobiet i palm, małp i różnorakich gadów, złotych kółek i różnych „fosforyzujących idiotycznych wzorów”.


                                                 
                    Bikiniarz, czyli siła wsteczna nosił na głowie wymyślną plerezę zaczesaną w „jaskółkę”.                                                Ubierał się w kraciaste marynarki, krótkie spodnie i buty na słoninie.

         Kolejnym ważnym atrybutem były spodnie: przykrótkie, niekiedy bardzo wąskie, sięgające do łydek, odsłaniające prążkowane skarpetki w jaskrawych kolorach znane jako „piratki” lub „sing-singi”. Wizerunek dopełniały odpowiednie buty: zamszowe mokasyny (zamszaki) na grubej, około trzycentymetrowej kauczukowej podeszwie (to znaczy na słoninie). Ponadto każdy szanujący się bikiniarz nosił na głowie obowiązkowo kapelusz typu „naleśnik”, który spoczywał na fantazyjnie ułożonej fryzurze zwanej „plerezą” lub „mandoliną”. Nieodłącznymi atrybutami bikiniarzy miały być: wystająca z kieszeni butelka wódki, a także tlący się w ustach papieros (najczęściej „Camel” albo „Lucky Strike”).
     Często można było spotkać dżollera z dziewczyną, czyli „kociakiem”. „Bikiniary” także wyróżniały się z tłumu. Na głowie fale, loki lub koński ogon. Niżej wzorzysta bluzka, ewentualnie obcisły, kolorowy sweterek. Dół to spodnie i szpilki lub spódnica „z koła” i buty „trumniaki”, czyli czarne, płaskie pantofle. Strój „kociaka” podkreślał kobiecość, co samo  w sobie było już wyrazem buntu przeciw maskulinizacji strojów, którą lansował reżim.
        Strój nie stanowił jednak sam w sobie istoty bikiniarstwa. Wygląd zewnętrzny miał jedynie wyrażać wewnętrzne przymioty dżollerów. Bikiniarstwo było determinowane przez uwielbienie dla kultury zachodniej, a zwłaszcza amerykańskiej. Fascynacja ta przejawiała się przede wszystkim w słuchaniu zachodniej muzyki (głównie jazzu) i noszeniu zagranicznych ciuchów. Głównym zajęciem bikiniarzy była jednak „demonstracja” – eksponowanie własnego styl i odmienności od uznanych przez władze i społeczeństwo form życia. Wyrazem owej demonstracji były wielogodzinne spacery oraz uwielbienie dla zakazanej muzyki, jaką był jazz, któremu dawano wyraz na różnorakich prywatkach. Jazz był remedium na szarą socrealistyczną rzeczywistość. Brak innych form ucieczki od codzienności, jeszcze bardziej potęgował szaleństwo na punkcie tego gatunku muzycznego. Bikiniarze praktykowali takie tańce jak: samba, jive, rumba, jitterbug i boogie-woogie, które ze względu na szybkie, gwałtowne ruchy złośliwie określano mianem „tańca Heinego-Medina”.
O ile 1949 roku Jazz był muzyką jednoznacznie uznaną za wrogą ówczesnej władzy, o tyle już 5 lat później w 1954 w Krakowie zorganizowano „Zaduszki Jazzowe”.  Kilka miesięcy później znany popularyzator jazzu w Polsce i boogie-woogista – Leopold Tyrmand, urządził głośny koncert pod nazwą Jam Session nr 1. W sierpniu 1956 r. w Sopocie odbył się festiwal pod hasłem Zielone światło dla jazzu.

                                 

                            Leopold Tyrmand, Kalina Jędrusik oraz Barbara Hoff ( z lewej strony ).

         Bikiniarze, bażanci, dżollerzy – nieważne jak nazwani, stanowili specyficzny wytwór kultury młodzieżowej wyrosłej na fali „pokolenia 52” zafascynowanego jazzem i kulturą amerykańską. Napiętnowane przez władzę i opinię publiczną, zapewniło sobie ono jednak trwałe miejsce w dziejach polskiej kultury. 

BIBLIOGRAFIA

1.Maciej Chłopek, Bikiniarze. Pierwsza polska subkultura, Wydawnictwo Akademickie „Żak”, Warszawa 2005.
2.Anna Pelka, Z [politycznym] fasonem. Moda młodzieżowa w PRL I NRD, Wydawnictwo Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2013
3.Piotr Szarota, Od skarpetek Tyrmanda po krawat Leppera, Wydawnictwo Akademickie i profesjonalne, Warszawa 2008
4. Mariusz Urbanek, Zły Tyrmand, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz